Urodziłem się podczas wojny, na Kresach Wschodnich, w mickiewiczowskim Nowogródku. Kiedy miałem kilka miesięcy, mój Ojciec - Mieczysław po raz drugi trafił na front (wcześniej, jako podporucznik rezerwy kawalerii, brał udział w kampanii wrześniowej 1939 roku, został ranny pod Suchowolą k/Zamościa i tylko cudem uniknął Katynia). Wkrótce okazało się, że jestem "dzieckiem szczęścia", bo Tato wyszedł z wojny cało, a mojej Mamie (i mnie przy okazji) udało się, w ostatnim momencie przekroczyć nową granicę Polski. Nowogródek, podobnie jak Wilno i Lwów, za zgodą Roosevelta i Churchilla, przypadł Stalinowi i pozostał po drugiej stronie granicy - w Kraju Rad ("sprzedali nas łobuzy temu bandycie", jak mawiał często mój Dziadek - Piotr Zakrzewski). Wkrótce, po szczęśliwym powrocie Taty z wojny, losy rzuciły nas (Rodziców, młodszą Siostrę - Małgorzatę i mnie) najpierw do Legionowa (tam rozformowywała się I Warszawska Dywizja Kawalerii, w której służył Tato), a później do Warszawy. Zamieszkaliśmy na ocalałej z poważniejszych zniszczeń wojennych Pradze, a konkretnie na "Szmulkach" słynnych głównie z "szemranego" towarzystwa. Tu, przez jakiś czas, byłem ministrantem, tu w ramach "socjalizacji" przed pójściem do szkoły, uczęszczałem przez kilka miesięcy do przedszkola prowadzonego przez siostry zakonne, tu także skończyłem "podstawówkę" i "ogólniak" (im. Bolesława Chrobrego). Problemów z nauką nigdy nie miałem, ale ponieważ byłem dzieckiem dość "żywym" stwarzałem częste okazje do spotkań moich Rodziców z kadrą pedagogiczną zarówno "podstawówki" jak i "ogólniaka", co nie zawsze kończyło się dla mnie dobrze. Prawie natychmiast po rozpoczęciu nauki, biorąc przykład ze starszych kolegów, zapaliłem swojego pierwszego w życiu papierosa, nieco później spróbowałem jak smakuje wino "patykiem pisane" ("alpaga") i tu muszę po cichu przyznać się, że w okolicach matury zapadłem w głęboki sen po spożyciu, w towarzystwie moich szkolnych i podwórkowych kolegów, mieszanki kolorowych, słodkich wódek. Zdarzyło się to wszystko pomimo czujności, niezwykłych wysiłków i starań mojej Mamy o to, żebym przypadkiem nie popadł w tzw. "złe towarzystwo".

W klasie maturalnej, musiałem zadecydować o swojej przyszłości. Początkowo myślałem o tym, żeby pójść w ślady Rodziców i zostać prawnikiem. Widziałem siebie w roli adwokata, z jednej strony dlatego, żeby bronić krzywdzonych ludzi a z drugiej, żeby mieć okazje do prowadzenia słownych potyczek i przekonywania adwersarzy o swoich racjach. Jednocześnie wiedziałem od mojego Taty, że zanim zdecydował się na studia prawnicze na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie, zamierzał pójśc w ślady swojego Ojca i rozważał podjęcie studiów medycznych. Chyba jednak dobrze się stało, że nie zrealizował tego pomysłu, bo gdyby nie studiował na Wydziale Prawa to pewnie nie poznałby mojej wspaniałej Mamy - Lucyny, która przyjechała na studia prawnicze z niezbyt odległego Białegostoku. Wracając jednak do moich dalszych losów, to o swojej przyszłości musiałem zadecydować w wieku ok. 16 lat (w szkole szedłem o rok wcześniej, bo w I klasie "podstawówki" byłem tylko kilka dni i zaraz zostałem przeniesiony do klasy drugiej). Podjęcie tej decyzji było dla mnie wyjątkowo trudne w sytuacji, kiedy moja nauczycielka od matematyki widziała mnie na Politechnice, polonista na Uniwersytecie, a "pani od biologii" i niektórzy inni nauczyciele utwierdzali mnie w przekonaniu, że medycyna to dobry pomysł. Zupełnie przypadkowo (o ile przypadki istnieją), któregoś dnia, w trakcie przeglądania rodzinnych "skarbów", wpadł w moje ręce drewniany stetoskop i stara medyczna książka z końca XIX wieku, z których korzystał w swojej pracy, mój Dziadek - Michał Woronowicz. Książka zaciekawiła mnie a stetoskop spodobał się i być może ten fakt "przeważył szalę" oraz zadecydował ostatecznie o wyborze studiów medycznych. Nie wiedziałem jednak zupełnie, jaką wybiorę specjalność. Liczyłem na to, że w trakcie studiów, zdobędę podstawową wiedzę o "wszystkich" chorobach oraz o sposobach ich leczenia, a wyboru specjalności dokonam w przyszłości. Zaplanowałem nawet, zaraz po ukończeniu studiów, poświęcić się na jakiś czas anatomii patologicznej, żeby podczas sekcji zwłok poznać słabe punkty diagnozy lekarskiej. Tak też zrobiłem, ale po paru miesiącach przyglądania się z bliska pracy anatomopatologów doszedłem do wniosku, że nie tędy droga, a moje miejsce jest przy łóżku chorego.

Nigdy bym nie przypuszczał, że po latach wybiorę dziedzinę, o której od uczelnianych profesorów nie uzyskałem praktycznie żadnej fachowej wiedzy. Pamiętam natomiast doskonale jak zupełnie nieświadomie, ale dość sumiennie, przygotowywałem się do swojej dzisiejszej pracy i "nadrabiałem" te braki korzystając z doświadczeń zupełnie innych ,,profesorów". Dużo czasu spędzałem bowiem w klubie studenckim ,,Medyk", gdzie po wykładach i ćwiczeniach (czasami także zamiast nich) można było po cichu wypić coś mocniejszego (przelanego dla ,,niepoznaki" do butelki po oranżadzie), pośpiewać, pożartować i podyskutować z kolegami o niedoskonałościach tego świata. Czasami, w poszukiwaniu przygód, wpadaliśmy do pobliskiego baru -"mordowni" na "dyskusje" z jej stałymi bywalcami. Zdarzało się, że bywaliśmy zapraszani przez tych stałych bywalców (dzisiaj sądzę, że większość z nich była alkoholikami) do ich mieszkań. Imponowała im bowiem znajomość ze studentami, którzy już wkrótce mieli stać się lekarzami. Tam spotykałem wystraszone żony naszych najnowszych ,,kolegów od kieliszka" i płaczące dzieci przygotowane na kolejną awanturę. Pamiętam, że zamiast uczestniczyć w pijanych "dyskusjach" starałem się uspokajać żony i dzieci tłumacząc im, że tym razem żadnych awantur nie będzie. W taki sposób dowiadywałem się jak wygląda "od środka" życie rodzinne alkoholików i ludzi "z marginesu" oraz zdobywałem kolejne stopnie wtajemniczenia w temacie alkoholizmu. Wówczas nie miałem zupełnie pojęcia, że zdobywane wówczas doświadczenia mogą się kiedykolwiek przydać w moim życiu zawodowym.

Tu nasuwa mi się bardzo smutna refleksja, bowiem jak się później okazało części moich "medykowych" kolegów i towarzyszy tych wypraw niestety nie opuściła "młodzieńcza fantazja". Nie potrafili rozstać się z alkoholem przez wiele kolejnych lat po ukończeniu studiów i w efekcie uzależnili się. Niektórzy już nie żyją, innych spotykam i widzę jak cierpią. Na szczęście mnie i wielu moim przyjaciołom udało się w odpowiednim momencie, "przejrzeć na oczy".

Na III roku studiów, tak jak wielu moich najbliższych kolegów, byłem zdecydowany zostać chirurgiem, bo uznaliśmy, że to taki "prawdziwie męski" i ciekawy zawód. Chodziłem więc na ostre dyżury do Szpitala Praskiego, gdzie w ambulatorium i na izbie przyjęć kłębiły się tłumy pijanych "stłuczków". Dzięki zdobytym wcześniej, w "mordowni", doświadczeniom umiałem dogadać się z tym towarzystwem. Czasami bywałem niezmiernie dumny z tego, że mogłem "trzymać haki" podczas operacji. Na IV roku, po zetknięciu się z psychiatrią zmieniłem zdanie. Uznałem, że to zbyt proste rozciąć skórę, zobaczyć co się zepsuło, naprawić i z powrotem zaszyć. Doszedłem do wniosku, że zajrzeć do głowy, a szczególnie do ,,duszy" człowieka i naprawić to, co się tam ,,zacięło" jest znacznie trudniej. Wkrótce to właśnie stało się moim zawodowym wyzwaniem.

Żeby posmakować dorosłości i samodzielności, na dwuletni staż podyplomowy, wyjechałem do Nysy k/Opola. Tam nauczyłem się samodzielnego podejmowania decyzji i zobaczyłem jak wygląda "od podszewki" praca lekarza. Z racji zainteresowania psychiatrią udało mi się trochę więcej czasu spędzić na neurologii. Przez parę miesięcy pełniłem nawet "z duszą na ramieniu" obowiązki ordynatora oddziału, kiedy właściwa pani ordynator zachorowała. Wspierał mnie wówczas dyrektor szpitala-ginekolog, który zlecając mnie, lekarzowi-stażyście wykonywanie obowiązków ordynatora oddziału neurologicznego mówił "w razie problemów kolego - walcie do mnie". Z możliwości tej jednak nie korzystałem, a wyniki leczenia miałem nie gorsze niż pani ordynator. Tam po raz pierwszy miałem okazję przekonać się "na własnej skórze", jak wyglądają "wyrazy wdzięczności" ze strony pacjentów, a szczególnie ich rodzin. Pamiętam jak ktoś z rodziny pacjenta usiłował mi "wcisnąć" banknot 2000 zł (zarabiałem miesięcznie 1400 zł.), żebym "specjalnie" zaopiekował się jego krewną czy krewnym. Odebrałem taką propozycję jako obrazę ale tłumaczyłem grzecznie, że wszystkimi opiekuję się jednakowo i nie chcę jego pieniędzy. On napierał, a ja nie umiejąc stanowczo odmówić "uciekałem" od jego wyciągniętej ręki z banknotem, wokół swojego biurka. Na szczęście do gabinetu weszła pielęgniarka i banknot szybko zniknął w kieszeni tego pana. Później, aby nie narażać się na podobne sytuacje bardzo pilnowałem, żeby rozmawiać z rodzinami w obecności pielęgniarki.

Tymczasem mój staż powoli zbliżał się ku końcowi i musiałem zadecydować co chcę robić dalej. Wprawdzie, przez okres pobytu w Nysie, trochę się tam zadomowiłem, z paroma osobami zaprzyjaźniłem, a nawet miałem szansę na przydział kawalerki, stały etat i otwarcie specjalizacji z neurologii, jednak ciągnęło mnie z powrotem do Warszawy. Zadecydowałem, że wracam.

Po powrocie do Warszawy rozpocząłem specjalizację z psychiatrii w Szpitalu Psychiatrycznym w Drewnicy k/Warszawy. Mogłem tam zobaczyć z bliska jak wygląda ,,prawdziwa" psychiatria i w jakich warunkach oraz w jaki sposób leczeni są chorzy psychicznie. Dość szybko zbuntowałem się przeciwko lekom, jako panaceum na kłopoty z psychiką i zainteresowałem się psychoterapią, która wydawała mi się znacznie bliższa moim poglądom na sposoby skutecznego pomagania ludziom. Nawiązałem kontakt z propagatorem psychiatrii humanistycznej doc. Kazimierzem Jankowskim oraz z dr Janem Malawskim, który kierował wówczas ośrodkiem leczenia nerwic w Rasztowie. Od czasu do czasu, odwiedzałem ten ośrodek, żeby zobaczyć na czym polega psychoterapia. Dzieki temu utwierdziłem się dość szybko w przekonaniu, że bardzo wielu osobom można pomóc dobrym słowem i że działa ono często lepiej niż lek. W Drewnicy, po raz pierwszy jako przyszły lekarz-psychiatra, zetknąłem się z alkoholikami, którzy zgłaszali się po pomoc z objawami ostrej psychozy alkoholowej albo "w dygocie", w celu przerwania ,,ciągu" picia. Koledzy lekarze nie przepadali, delikatnie mówiąc, za takimi pacjentami, ja jednak nie odwracałem się od nich z obrzydzeniem, nie uciekałem od tych często brudnych, bełkocących i nieuprzejmych ludzi, tylko starałem się ich wysłuchać i pomóc im, w miarę swoich możliwości. Szybko też okazało się, że potrafiłem znaleźć z nimi ,,wspólny język".

Po dwóch latach, w poszukiwaniu szansy na dalszy rozwój zawodowy, przeniosłem się do Instytutu Psychoneurologicznego (dzisiaj Instytut Psychiatrii i Neurologii), gdzie dalej uczyłem się psychiatrii. Wkrótce po rozpoczęciu pracy w Instytucie los sprawił, że szukając możliwości "dorobienia" paru groszy, na utrzymanie siebie oraz świeżo poślubionej i studiującej wówczas w Akademii Sztuk Pięknych żony, podjąłem dodatkową pracę na części etatu w Poradni Odwykowej przy ul. Sobieskiego 112 w Warszawie i tak rozpoczęła się moja życiowa przygoda z ludźmi uzależnionymi.

Bardzo szybko stałem się krytyczny wobec stosowanych wówczas metod leczenia (anticol, esperal, "ergoterapia") ale niestety nie miałem do kogo zwrócić się z prośbą o radę, która pomogłaby mi w bardziej skutecznym udzielaniu pomocy moim pacjentom. Nie miałem niestety swojego Mistrza. Jedynie od czasu do czasu udawało mi się spotkać z ówczesnym guru alkohologii - dr Tadeuszem Kulisiewiczem, autorem wielu publikacji nt. alkoholizmu oraz m.in. książki pt. "Uzależnienie alkoholowe", który pracował w jednej z warszawskich poradni odwykowych i posłuchać Jego poglądów na temat alkoholizmu oraz leczenia. Cały czas miałem jednak poczucie braku oparcia, z którym musiałem sobie jakoś radzić. Na szczęście wytrwałem i dzisiaj, nadal z dużą przyjemnością i zaciekawieniem, spotykam się z osobami uzależnionymi oraz ich bliskimi. Staram się im pomagać a jednocześnie wiem z autopsji, jak ważne jest dawanie wsparcia młodszym kolegom.

Jeżeli kogoś interesują moje dalsze przejścia to proponuję zajrzeć do książki "Uzależnienia, geneza, terapia i powrót do zdrowia".

Aby zakończyć opowieść o swoich "korzeniach", a przy okazji o rodzinie i początkach "dorosłego" życia, chcę dodać jeszcze kilka słów o naszych "odroślach" (a dzisiaj już "dojrzałych pędach") czyli o moich dzieciach - Dorocie Marcie i Miłoszu Mateuszu, które sprawiły, że zostałem niezwykle szczęśliwym, "podwójnym" dziadkiem. Pod koniec lutego 2010 roku pojawiła się na świecie - Jagna Antonina (córka Doroty), a pod koniec grudnia 2010 roku - Wanda Lena (córka Miłosza).

Moje "odrośla" i ja (przed laty)

2012

2011

2001

1995

1973

1963

1949


www.new-age.com.pl